Augustow.org

A pamiętasz jak…?– oranżada, chleb i komin Tadek

Czas spędzony z dziadkiem to chwile, momenty i kadry, które nie tylko jak żywe odtwarzam z rozrzewnieniem w swojej głowie. To także lekcje, jak być pogodnym i dobrym człowiekiem.

Robienie łuku z gałęzi leszczyny – z dziadkiem. Audycje Radia Wolna Europa – z dziadkiem. Słuchanie na żywo wymyślanych, niestworzonych historii – z dziadkiem. Wyprawy, te dłuższe i krótsze, piechotą lub motorowerem – z dziadkiem.

Czasy dzieciństwa spędziłem na ulicy Przemysłowej, która zapewne wzięła swoją nazwę od miejsc związanych z handlem i przemysłem. Baza PKS, przetwórnia owocowo-warzywna, piekarnia, fabryka oranżady. Tak mawiałem na Wytwórnię Wód Gazowanych należącą, podobnie jak piekarnia, do PSS Społem.

To właśnie tam zabierał mnie dziadek. Mieliśmy blisko. Jakieś dwieście metrów. Wystarczyło hasło: „Idziemy do piekarni”. Wnet byłem gotowy.

Kiedy jest się dzieckiem, wszystko wydaje się ogromne. Chłopcy z ósmej klasy – wielcy jak koszykarze. Zjeżdżalnie na placu zabaw – aż strach podchodzić. Ogromne wnętrza piekarni, która dla małego człowieczka była jak magiczna pieczara, gdzie umorusani mąką piekarze piekli chleb dla całego miasta.

Czułem się wyróżniony, ważny. Nie każdy mógł tam wejść. Ja mogłem, bo mój dziadek znał wszystkich. Mogłem patrzeć i podglądać, jak wózki z gorącym chlebem, niczym pociągi towarowe, suną po wnętrzach obok ziejących ogniem pieców.

W piekarni, tuż przy wejściu, po lewej stronie stała duża waga, na której ważono skrzynie z pieczywem. Jaką radochą było stanąć na niej i patrzeć, jak ogromna wskazówka porusza się pod wpływem ciężaru, a widoczny dla dziecka mechanizm wprawia urządzenie w ruch i pokazuje jego wagę. Oczywiście na wadze stawiał mnie dziadek.

Obok piekarni, na tej samej posesji, niepozornie wznosił się budynek, który dawał miastu… oranżadę. Najwspanialszy napój świata. Jaka cola, jaka pepsi? Kto o tym słyszał? Oranżada – kolorowa, pyszna, z bąbelkami.

I tu, znów, mogłem wszędzie zajrzeć, podejrzeć, posłuchać. To miejsce było surowe i szybkie. Linia produkcyjna, świst, tłuk, pęknięta butelka. Wszystko to dawało obraz miejsca wprost nie z tej ziemi.

Dziadek miał tam, w tej – nazwijmy to po mojemu – Fabryce Oranżady, kolegę. Pan zwał się Dyziek. Był, oczywiście, ogromny i lubił się z moim dziadkiem. Gdy koledzy sobie rozprawiali, ja mogłem do woli patrzeć, jak powstaje oranżada.

Chyba robiono tam też kwas chlebowy, ale wstręt do tego napoju pozostał mi do dziś, dlatego wtedy interesowała mnie tylko oranżada.

Pamiętam, że pracownicy mieli na nogach kalosze, a podłoga była zawsze mokra. Skrzynki z oranżadą, jedna na drugiej, ciągał inny pan przy pomocy zagiętego na końcu druta.

Wracając z wycieczki, już nie trzymałem dziadka za rękę, bowiem w jednej dłoni dzierżyłem chleb. A w drugiej co? Oczywiście oranżadę!

Czy dzisiejszy młody człowiek, który czyta te słowa, uwierzyłby, że taka wycieczka, takie zdobycze i takie przeżycia dawały szczęście? Nie wiem. Być może tak.

Oby.

Nie ma już fabryki oranżady. Nie ma bazy PKS – dziś jest tam Biedronka. W miejscu przetwórni owocowo-warzywnej nad Kanałem Bystrym znajduje się miejsce wynajmu pokoi i wypoczynku.

Miejsca znikają, tak jak ludzie. Zostają wspomnienia. Nie ma też komina, na którym ktoś wielkimi literami namalował farbą „Tadek”. Tak oto komin dostał imię.

Nie wszystko jednak zniknęło. Jest piekarnia. Nie zamknięta na zardzewiałą kłódkę. Działa. Piecze chleb.

Ciekawe, czy jest tam jeszcze ta duża waga z Lubelskiej Fabryki Wag…