– „Świat Młodych”, Currara i teczki osobiste
Blaszany Żuk z napisem „Łączność” zaparkował przy kiosku RUCH-u na osiedlu zwanym powszechnie „Kaczy Dołek”. Z wozu wysiadł kierowca odziany w granatowy fartuch rodem z magazynów GS-u. Szofer otworzył tylną klapę i wyciągnął sprawnym, silnym ruchem dwa stosy gazet związanych sznurkiem typu szpagat.

Scenie tej przypatrywała się kolejka – żywy organizm wykształcony drogą ewolucji w czasach PRL-u do postaci wieloludzkiej, zmiennocieplnej i bardzo cierpliwej (choć mogącej zaatakować w obronie swej pozycji) masy.
Mógł być rok 1985, może – siódmy. Sobotni poranek. Tuż przy sklepie „Halina”. W tej kolejce byłem też ja, mały Bartek, będący częścią tej żywej tkanki, czekający, by przywitać panią w okienku.
Kioski RUCH-u, sezamy wszelkiej dobroci swoich czasów, nieodłączny element krajobrazu miast, osiedli, ulic. Zazwyczaj blaszane sześciany z przeszklonym, przesuwnym okienkiem, w którym klienta witała Pani Kioskarka. A ty zastanawiałeś się, gdzie chodzi za potrzebą, bo przecież toalety tam nie było.
…Ale wróćmy do naszej kolejki, bo tu, Drogi Czytelniku, względnie młodszej daty, możesz się zastanawiać za czym kolejka ta stała? – Za prasą, za prasą, za prasą – mógłbym odpowiedzieć, parafrazując „Psalm stających w kolejce”. W latach przeze mnie wspomnianych, czasach przełomu lat 80 i 90, wejście w posiadanie ulubionych gazet, magazynów, czasopism nie było proste. By dostać „Kobietę i życie” czy „Przegląd sportowy” trzeba było stanąć w kolejce, licząc, że nakładu przewidzianego na kiosk na „Kaczym Dołku” starczy też tobie. No, chyba że czytelnicy byli sprytni i założyli sobie teczkę. Zdaję sobie sprawę, że dziś dziwnie brzmi „założyć sobie teczkę”, ale przecież to teczki nam w kioskach zakładano! Już tłumaczę – owa założona na naszą prośbę teczka gwarantowała, że dane tytuły były odkładane do papierowej teczki z tasiemką, z naszym nazwiskiem, aby tam czekać na odbiór. Taki rodzaj kioskowej prenumeraty. Preorder czasów PRL-u.
To teraz pokrótce – co robiłem tam ja, mający dziesięć lub ciut więcej lat. O tej porze powinienem w sobotę budzić się nieśmiało na „Sobótkę” lub „5,10,15” – popularne programy dla dzieci i młodzieży w TV. Lecz były rzeczy ważniejsze…
Gazety oferujące na swoich stronach plakaty zespołów! Muzyka była zawsze obecna i ważna w moim życiu. A wtedy nie tylko dostęp do nagrań był ograniczony. Poligrafia zespołów – dzisiejszy Merch – był również nieosiągalny. Piękne plakaty na papierze kredowym? – zapomnij! A przecież czymś swój pokój dekorować było trzeba. Naprzeciw potrzebom młodego melomana wychodziły tytuły: „Dziennik Ludowy”, „Zarzewie”, „Zielony Sztandar” i „Razem”. Treść tych periodyków, oczywiście, wówczas mnie nie interesowała. Wyjątkiem mogła być ostatnia strona „Razem” – zwana „Osobno”, gdzie czytelnik znajdował rebusy, krzyżówki, łamigłówki. Mój wzrok przykuło jednak coś innego. I tu pozwól, Drogi Czytelniku, że spuszczę zasłonę milczenia zostawiając subtelne niedopowiedzenie…
Kioski były pachnące i kolorowe. Pachniała prasa, paczki z papierosami i Currara – zapach kobiety pełnej tajemniczości. To kiosk zapoznał mnie ze „Światem Młodych”, jego niebieską, zieloną lub czerwoną opcją w zależności od dnia. To dzięki kiosku zakochałem się w komiksach, a potem w książkach. To tam kupowałem albumy do wklejania naklejek z Mundialu, tam też w późniejszych czasach odkrywaliśmy pachnące zachodem tytuły „Bravo” czy „Popcorn”. W kiosku kupiłem swoją pierwszą kasetę. Mam ją do dziś. Maanam.
Każdy z nas miał swoje ulubione punkty RUCH-u. Moje kioski to ten na Kaczym Dołku i Okrąglak przy ul. 29 listopada. Nie muszę dodawać, że obu już nie ma…

Drugi Okrąglak zlokalizowany był w centrum. Potoczna nazwa nawiązywała do kształtu budynku. Był okrągły i, co najważniejsze, można było do niego wejść. Długa lada, na niej równiutko poukładane gazety. Rząd półek, stolik z krzesłem, gdzie mogłeś skreślić numery „totolotka”.
Przy Placu Janka Krasickiego, dziś Rynku Zygmunta Augusta, najważniejszymi kioskami był ten na „Stumetrówie”, gdzieś na wysokości głównej apteki, oraz ten przy dworcu PKS.
Każda dzielnica miała swój: Koszary, Lipowiec, kiosk na Barakach, te na Śródmieściu…
Każdy kiosk miał swoją Panią Kioskarkę, która mieściła się na tym metrze kwadratowym pośród prasy, książek…
Dorastaliśmy z kioskami. Z czasem, zamiast za „Płomyczkiem” i „Misiem”, rozglądaliśmy się za „Tylko Rockiem”, „Wyborczą” czy „Playboyem”. Żyliśmy w czasach, kiedy Panie Kioskarki informowały nas, że do gazet dołączone są filmy, notesy. Patrzyliśmy jak krem Nivea zastępowany jest kolorowymi pudełeczkami z podobnym produktem…
Znikały powoli. Pojedynczo. Pustoszały. Murszały. Gdzieniegdzie zaglądaliśmy do ich pustych wnętrz i robiło się smutno. Nadeszły ciężkie czasy dla papierowych tytułów. Ludzie przestali kupować żyletki. Zniknęły teczki.
Żałuję nie tylko tych „moich kiosków”. Jeszcze nie tak dawno widywałem Panią Kioskarkę, która witała mnie w okienku podając „Świat Młodych” z Tytusem na ostatniej stronie. Zawsze chciałem podejść – przedstawić się, przypomnieć, powiedzieć, że była dla mnie ważna. Nie zrobiłem tego i żałuję…
Ale, żeby, Drogi Czytelniku, nie zostawiać Cię w ponurym – niczym pusta teczka w kiosku – nastroju, nadmienię, że dalekim krewnym kiosków są saloniki prasowe. Przypomnij więc sobie swój kiosk, gdy wysiądziesz w Warszawie na „wschodnim”, kupując wodę w saloniku. Może natrafisz na gazetkę z plakatem.
…A może spotkam jeszcze „swoją” Panią Kioskarkę, która pracowała w kiosku RUCH-u przy Kaczym Dołku w latach ’80 i ’90. Wszystko jest możliwe.
autor: Bartek Świerkowski
fot. Ludwik Jaworowski, zbiory Muzeum Ziemi Augustowskiej




