Augustow.org

A pamiętasz jak, czyli…

Komar, Grota i kasety wideo.

Motorower „Komar”, kolor czerwony, wersja dwubiegowa. Biegi przy manetce. Odpalany „kopniakiem”.

Nie, Drogi Czytelniku, to nie jest oferta sprzedaży jednośladowego reliktu z czasów PRL-u.
Takim moto-rowerem, następcą wersji odpalanej, wprawiając w ruch pedały jeździłem „do Guza”, do wypożyczalni VHS.  Po kasety. Po filmy. Po przygody. Po pasję, która została mi do dziś.

Motorynki nie miałem. Rodzice nie mogli mi takiej sprawić. Były inne potrzeby.
Z resztą, Komar podarowany przez dziadka był czymś szczególnym.

Zanim pokonam dzielnicę Baraki, wyjeżdżając na szosę sejneńską, by następnie dojechać na Wybickiego, gdzie znajdowała się wypożyczalnia – muszę nauczyć się jeździć.
To przychodzi mi, o dziwo, dość łatwo i już po kilku dniach, w spodenkach, klapkach i bez kasku (wtedy nie były konieczne), okrężną, opisaną wcześniej trasą, niczym Rambo na przechwyconym motocyklu – mknę po nowe przygody!

Te wyjazdy, te wypożyczalnie – pamiętam do dziś. Filmowe, kolorowe królestwa. Powiew zachodu i koloru. Kasety pirackie i te z licencją. 

Ale, pozwólcie Państwo, że przewinę do początku swoją opowieść niczym kasetę oddając ja do wypożyczalni…

Odtwarzacz kaset wideo pojawił się w naszym domu dosyć późno.

Wcześniej chodziłem do kolegów oglądać filmy lub korzystałem z okazji odwiedzając rodzinę w Ełku. Magnetowid lub, po prostu, wideo dla nas, urodzonych w latach ’70, ’80, był wynalazkiem na miarę koła. Kolorował jeszcze szary za oknem świat. Był niczym kryształy stawiane na segmentach lub meblościankach w dużych pokojach*.

Ale po co wideo, kiedy nie byłoby kaset z filmami? I tu pojawiają się one.

Wypożyczalnie kaset.

Miejsca ulokowane w domach, mieszkaniach, wynajętych lokalach. Miejsca, gdzie oprócz kaset mogłeś wypożyczyć magnetowid.

Oczywiście miałem swoje ulubione. Mój „Wielki Szlem” tych augustowskich miejsc to: wypożyczalnia u Guza, „Video Zoo”, „Grota” u Pana Bogali i „Video Maniak” Marka Szostaka przy ul. 3 Maja.  Założone tam karty pozwalały przenosić się w świat amerykańskich filmowych snów. „Rambo”, „Komando”, „Akademia Policyjna”, „Darty Dancing”. 

Część swoich numerów kart, oczywiście, pamiętam. Grota – nr 81, Video Zoo – nr 354.

Noszone w portfelu zalaminowane kartoniki w formacie wizytówki były przepustką do Akademii profesora Kleksa, pokładu Sokoła Millenium, miejsca przy barze, gdzie z agentem 007 mogłeś napić się Martini.

Moje pierwsze wizyty w wypożyczalniach to czasy kaset, nazwijmy to: „alternatywnej dystrybucji”. Kopiowane metodą domową, z jednej na drugą, Pirackie VHS-y. Każda kolejna miała coraz gorszą jakość. Ale od czego był Tracking**?

Kiedy jechałem do wypożyczalni po film „Komando”, w bonusie dostawałem inny, np. „Porky’s”, bo akurat był nagrany właśnie na tej kasecie jako drugi.

Na kasety z oryginalnymi okładkami, z opisami filmów przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Wypożyczalnia u Guza. Ulica Wybickiego, tuż za Starą Pocztą. Dom jednorodzinny. Wejście jakby balkonem na parterze, a tam kolorowy świat.

Właściciele Waldek i Pani Grażynka.

Wszyscy chłopcy kochali się w Pani Grażynce. Jej mąż, niewysoki, wesoły. Wiedzieli, że w dużej mierze wypożyczalnie to miejsca młodych ludzi. Wiedzieli jak z nami rozmawiać, a my lubiliśmy tam przychodzić.

„Jak tam, młody? Filmy obejrzane? Kaseta przewinięta?? No patrz, żebym nie musiał was ganiać?

Kasety magnetofonowe przewijało się ołówkiem, a kasety wideo przewijano specjalnie przygotowaną wiertarką lub wkrętarką, zanim pojawiły się przewijarki. Tak robił Pan Zoologik, właściciel drugiej popularnej wypożyczalni, którą odwiedzałem sam lub z mamą. Na początku mieściła się tam, gdzie dziś dorabianie kluczy, przy ul. 3 Maja, obok zakładu Fryzjerskiego Państwa Romanowskich.

Potem VideoZoo przeniosło się do Centrum. Tam mogłeś kupić rybki, chomiki i świnkę morską oraz wypożyczyć kasety. Takie mariaże asortymentu nie dziwiły wtedy i dziś. Dziś właśnie w sklepie przy Wojska Polskiego kupisz wszelkie dewocjonalia i szalik Sparty Augustów.

VideoZoo utrzymywało się długo na rynku. Smykałka do interesów właściciela oraz szerokość asortymentu od żywego: chomiki, rybki, papugi – do martwego: filmowi złole pokonani przez tych dobrych – to dawało pewność rentowności i popularności.

Sprawdzanie kasety przez właściciela lub pracownika przy oddawaniu – to był rytuał…

Wchodzisz, oddajesz kasetę.

Zapada cisza. Właściciel wyciąga ją z pudełka patrząc na Ciebie, a ty wiesz, że taśma przewinięta, że nic się nie stało – jednak stoisz i czekasz niepewnie.

Co będzie? Czy wszystko w porządku??

On, niczym szeryf ze spaghetti westernu***, przykłada palec do boku kasety, szukając małego przycisku. Naciska. Blokada klapki zwalnia się. Jego i twoim oczom ukazuje się ona… Błyszcząca, naga taśma. Na szczęście jest gładka. Ne pogięta.

Puszcza klapkę…

Trzask! Klapka zamyka się, a ty podskakujesz nieznacznie.

Test zakończony. Kasety oddane. Możesz wybierać nowe. Świat marzeń znów stoi przed tobą otworem. Na dobę. Ale jednak. Przecież nie raz tu jeszcze wrócisz.

Niski, wartościowy numer miałem w kolejnej wypożyczalni. „Grota”, bo o niej mowa, początkowo mieściła się w domu prywatnym przy ul. Wojska Polskiego, by finalnie znaleźć się przy ul. Żabiej.
Przychodząc wypożyczyć film, to właśnie właściciele wypożyczalni byli twoimi ekspertami, z których wiedzy i usług korzystałeś. Tak działali właściciele Groty. Pani Ewa i Pan Jarek. To oni proponowali film, który według nich był „dobry”. Oczywiście wiele z wypraw do wypożyczalni było konkretnych. „Dzień dobry. Czy ma pan coś z Van Dammem?”

Wtedy przychodziło się po filmy z aktorem. Z herosem. Nie chcieliśmy oglądać filmów pokazujących nasze życie. Chcieliśmy się oderwać, wznieść niczym wystrzeleni w powietrze przez granat rzucony przez Komando. Właściciele, by wiedzieć o czym jest film, często zarywali noce, by obejrzeć, jak najwięcej i nazajutrz móc coś polecić

Oczywiście, po jakimś czasie wiedziałeś, jaki gust ma Pan/Pani z wypożyczalni. I wiedziałeś, którą wskazówką się kierować.

Jeśli dobrze żyłeś z Panią Ewą lub Panem Jarkiem, zawsze mogłeś dostać nowość spod lady. Dosłownie! Spod kontuaru, gdzie działo się wypożyczanie, właściciele wyciągali jeszcze ciepłe nowości.

Każdy z nas miał swoje miejsca wypożyczania kaset.

Może mieliście Państwo te same, może inne? Może kiedyś spotkaliśmy się w jednej z nich, a może wziąłem ten sam film zaraz po Was?

Pewne jest jedno. To były ważne dla nas miejsca. Niby tylko kasety, niby tylko filmy. A jednak ile wspomnień, przeżyć.

Wyżej wymieniłem miejsca moich wizyt po filmy. Miejsc, których już nie ma.

Wraz z wypożyczalniami zniknęły pewne umowne gatunki filmowe, które jak hasła klucze pomagały dokonać wyboru, określić nasze chęci i preferencje. Nie ma już filmów sensacyjnych. Dziś odpalasz akcyjniaka na Netflixie. Nie ma komedii młodzieżowych, filmów karate czy dzieł nowej przygody.

I tak to się kiedyś kręciło, niczym taśma w magnetowidzie, parafrazując klasyka. Od wypożyczalni do tej drugiej, nieopodal.

Nie było Świąt, weekendów bez wizyt w „Grocie” lub „VideoZoo”. Wypożyczalnie, rynek kaset w Polsce był potęgą na skalę światową. Uczyliśmy się tego świata od podstaw. Zaczynając od zjechanych taśm z horrorami klasy B, gdzie domyślać się trzeba było, co czai się za rogiem – do czasów, kiedy to wypożyczalnie musiały zadać sobie jedno, ale za to bardzo ważne pytanie… Czy przerzucać się na nowy nośnik???

Nadchodziły czasy płyt DVD.

Mówi się, że wypożyczalnie kaset umierały kilka razy.

Pierwszy cios nadszedł wraz z płytami DVD, kolejne uderzenie przyniósł internet i wszechobecne nielegalne ściąganie filmów. Gwoździem do trumny były płyty Blu-Ray. A jeśli ktoś myślał, że nawet dla hecy wypożyczalnie powrócą – streamingi nie pozostawiły złudzeń.

Podobno, teraz mamy większy wybór. Czy na pewno? Pilotem lub, o zgrozo, głosem wybierasz platformę, by za chwilę ukazały ci się nieprzebrane zasoby filmowe. I co wtedy? Co robisz? Wybierasz film z taką samą szybkością jak kasetę w wypożyczalni? Nic z tych rzeczy. Zanim pojawią się napisy początkowe wybranego filmu, ciągnie się Twoja decyzja w nieskończoność. Czasem bywa tak, że rezygnujesz, chwytając inny ekran.

Nie zwykłem mówić, powtarzać raz za razem –  „kiedyś to było”.

Zmienia się technika, wynalazki, mody i preferencje. Nie sposób nadążyć za tym, co nowe, lepsze.

Nie sposób obejrzeć tego wszystkiego. Takie prawo postępu i cywilizacji, której nie zatrzymamy.

Mówię jedynie, że fajnie było zajechać Komarkiem do „Groty”, zapakować w reklamówkę pięć kaset, umówić się z kolegami na wideo i zarwać nockę z Rambo, Johnem McClenem lub doktorem Jonesem.

To był nasz czas, nasze przeboje na kasetach wideo, nasze teledyski z MTV nagrywane bez końca.

I może gdzieś zniknęły, zapodziały się kasety.

Ale są wspomnienia, których nie trzeba oddawać. Są nasze.

Choć możemy wypożyczać te nasze wspomnienia niczym kasety, opowiadając dzieciom, jak to drzewiej bywało…

KONIEC

*„Duży pokój” – określenie izby, pomieszczenia w mieszaniu lub domu, które nosiło znamiona najważniejszego pokoju. Centrum spotkań, rozrywki i życia codziennego. Dziś nazywane salonem.

**Tracking – opcja w magnetowidach i odtwarzaczach wideo, pozwalająca dostroić obraz, którego mankamenty mogły być następstwem kolejnych i kolejnych kopii. Opcje plus i minus szybko naciskane pozwalały zniwelować mrowienie obrazu.

***spaghetti western – włoskie odpowiedniki filmów o dzikim zachodzie. Bardzo popularne w czasach prosperity kaset VHS. Największym twórcą tegoż gatunku był Sergio Leone.